Polecamy

Budownictwo jak roller coaster

- Martwi nas to, że budownictwo jest jak taki roller coaster. Jedziemy raz do góry, raz na dół i czasami ktoś wypadnie z tego wagonika. Niestety teraz sytuacja jest taka, że mamy szansę wypaść z niego wszyscy – mówił Dariusz Blocher, prezes Budimex SA podczas debaty pt. „Budownictwo w polskiej gospodarce”. Debata odbyła się 8 października 2018 r. na zakończenie pierwszego dnia konferencji Dni Betonu w Wiśle. Poniżej publikujemy zapis całej debaty.

Debata pt. „Budownictwo w polskiej gospodarce” poświęcona była obecnym problemom budownictwa i szansom jego rozwoju w przyszłości.

Wzięli w niej udział: Tomasz Pałasiński (dyrektor Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad Oddział w Krakowie), Adrian Furgalski (wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR), dr Bohdan Wyżnikiewicz (prezes zarządu Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych) i Dariusz Blocher (prezes zarządu Budimex SA). Dyskusję prowadził red. Patrycjusz Wyżga z TVN24.

Patrycjusz Wyżga: - Jak istotny jest sektor budownictwa w polskiej gospodarce? Jak się rozwija i jak wpływa na naszą gospodarkę?

Bohdan Wyżnikiewicz: - Budownictwo jest ważnym elementem gospodarki. Wytwarza ok. 6-7 % PKB. To bardzo dużo, biorąc pod uwagę, że przemysł przetwórczy odpowiada za 21% PKB. W związku z tym jest takim służebnym elementem gospodarki. Ważny jest również dlatego, że poprzez budownictwo realizuje się większość programów inwestycyjnych. Z niepokojem zauważam, że w ostatnich latach w budownictwie dzieje się różnie. Jak popatrzymy na wykresy, to nie ma ciągłości w kształtowaniu produkcji budowlanej, w kształtowaniu oczekiwań przedsiębiorców. W ocenach koniunktury obserwujemy duże wahania. To wynika z wielu względów. Przede wszystkim budownictwo nie jest działalnością jednorodną. Obejmuje mnóstwo specjalizacji. Mamy m.in. budownictwo mieszkaniowe, infrastrukturalne i specjalistyczne. Analizując dane GUS w budownictwie mieszkaniowym obserwujemy boom. W budownictwie specjalistycznym możemy mówić o dobrej sytuacji. Jeśli weźmiemy pod uwagę rentowność i dynamikę, to najgorsza sytuacja jest w budownictwie infrastrukturalnym. To częściowo wiąże się z finansowaniem tego budownictwa przez sektor publiczny. Jak wiemy przechodziliśmy z jednej perspektywy finansowej unijnej do drugiej i była przerwa w ciągłości finansowania.  W budownictwie jest dużo problemów i zagrożeń, choć jak spojrzymy w ujęciu historycznym jest to działalność, którą można uznać za naszą specjalizację narodową. Jak popatrzymy na liczbę zarejestrowanych przedsiębiorstw to w budownictwie jest ich najwięcej.  Z żalem muszę stwierdzić, że nie mamy na bieżąco informacji, co się dzieje w budownictwie. GUS zbiera informacje tylko z firm zatrudniających 10 osób i więcej, a z reszty nie. Tych zatrudniających powyżej 10 osób jest mniej i łatwiej jest ich zbadać. A dynamika tych dwóch grup jest różna. Jeśli mówimy o całym budownictwie to powinniśmy objąć obydwie grupy. Bariery w budownictwie to kłopoty na rynku pracy. Kolejną sprawą jest tzw. odwrócony VAT. Jest to podnoszone na wielu konferencjach, że w wyniku tego są poszkodowani podwykonawcy. Ale problemów jest znacznie więcej.

Patrycjusz Wyżga: - Czy tak istotna część gospodarki odpowiadająca za 6-7% PKB jest w Polsce dopieszczona przez tych, którzy zarządzają wzrostem gospodarczym?

Dariusz Blocher: - Jeżeli chodzi o ilość pracy, to nikt w sektorze nie narzeka. Ani producenci materiałów, ani wykonawcy. Według naszych szacunków budownictwo przynosi więcej niż 10% PKB i zatrudnia około 800 tysięcy osób. Martwi nas to, że budownictwo jest jak taki roller coaster. Jedziemy raz do góry, raz na dół i czasami ktoś wypadnie z tego wagonika. Niestety teraz sytuacja jest taka, że mamy szansę wypaść z niego wszyscy.

Patrycjusz Wyżga: - Dlaczego?

Dariusz Blocher: - Bo u nas jakbyśmy przeanalizowali ostatnie 15 lat w budownictwie, jak rośnie sprzedaż, to spada rentowność całego sektora. Obecnie wynosi 0,7%, a za chwilę spadnie poniżej zera. To oznacza, że wszystkie firmy zaczynają dokładać do biznesu. Niestety nie bardzo mamy z czego dokładać, gdyż wzrost cen jest bardzo dynamiczny. Stoimy przed bardzo trudnym dylematem. Będziemy mieli trudny rok 2018 i jeszcze trudniejszy 2019. Bardzo dużo pracy, brak pracowników – około 100 tysięcy osób brakuje w branży. Inwestorzy się niecierpliwią, bo my zwiększamy ceny. Zarzucają firmom, że chcemy odrobić straty. Ja póki co tego w Budimeksie nie widzę. Idziemy cały czas tą samą strategią: 3% marży i 3% na wzrost kosztów materiałów. Czy 3% na wzrost kosztów w perspektywie 3 czy 4 lat to duży wskaźnik? Wydaje mi się, że nawet nie pokryje to kosztów cementu, którego ceny pójdą w górę po wzroście cen energii elektrycznej. Mamy więc bardzo trudną sytuację w budownictwie, a będziemy mieli jeszcze trudniejszą w przyszłym roku. Bez wspólnego spojrzenia na temat z rządzącymi – nie chce używać słowa dopieszczania – tu chodzi o to, byśmy bardziej sprawiedliwie rozłożyli ryzyka kontraktowe.

Pytanie z sali – Krzysztof Kieres, prezes zarządu Dyckerhoff Polska: - Czytałem, że będziemy poszukiwać tych, którzy powodują zatory płatnicze, gdyż przez nich przedsiębiorcy nie otrzymują swoich należności. Ja chciałem zapytać jak płaci największy inwestor w Polsce? Czy te należności spływają punktualnie i na czas?

Dariusz Blocher: - Budimex to obecnie 7 mld złotych przychodu rocznie. Naszym kluczowym klientem jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, a kolejnym PKP PLK. Nie mogę powiedzieć nic złego na tych inwestorów jeżeli chodzi o terminy płatności. Generalnie pieniądze otrzymujemy nawet wcześniej niż jest to zapisane w kontrakcie. Kontrakty dzisiaj dopuszczają płatność do 45 dni. To jest też nie fair, bo ja muszę zapłacić do 30 dni. Jeżeli ktoś by sztywno trzymał się tych zapisów to już mamy 15 dni, w których branża musi sfinansować inwestora. Tak się na szczęście nie dzieje. To co jest problemem dla nas to dojście do momentu wystawienia faktury. To największe zmartwienie firm budowlanych. Proces zafakturowania, czyli wykonania produkcji, obmierzenia, sprawdzenia przez inżyniera, sprawdzenia przez zamawiającego, zezwolenia na wystawienie faktury – trwa zbyt długo, nawet do 3 miesięcy. I to jest chyba największe wyzwanie, o którym nie rozmawiamy. Dzisiejsze prawodawstwo jest na tyle dobrze skonstruowane, że chroni wszystkich uczestników procesu inwestycyjnego za wyjątkiem jednego - generalnego wykonawcy. Jest on najsłabiej chroniony jeżeli chodzi o prawa płatności w stosunku do zamawiającego. I w dalszym ciągu zdarzają się zamawiający z sektora publicznego, którzy oferują 120 dniowe terminy płatności. Są nawet tacy, który żądają wykonania całego kontraktu i chcą zapłacić na koniec, po 12 lub 24 miesiącach.

Patrycjusz Wyżga: - Czy wobec tych faktów pan, panie dyrektorze śpi spokojnie. Bo pieniądze na inwestycje się znajdą, ale może się zdarzyć, że nie będzie miał ich kto zrealizować?

Tomasz Pałasiński: - Oczywiście, że się niepokoimy, bo wiemy jaka jest sytuacja na rynku. Monitorujemy sytuację. W naszej ocenie obecnie najtrudniej jest o wykwalifikowaną kadrę budowlaną, o szybką dostawę materiałów. Ponieważ długo czeka się na materiały, to roboty się wleką. Zdajemy sobie z tego sprawę, ponieważ mamy monitoring rynku. Ceny rosną. Ale ceny otwarcia na przetargach organizowanych przez GDDKiA też są wyższe i bardzo często decydujemy się dopłacić określone kwoty, oczywiście w granicach rozsądku. I kontrakty idą za kwoty wyższe niż wyceniane to było rok czy dwa lata temu. Dużo większe zagrożenie widzę tu w samorządach i ich projektach infrastrukturalnych ponieważ samorządy nie mają z czego dołożyć do tych prac. Jeśli chodzi o waloryzację to mamy ją. Być może jest zła i trzeba o tym porozmawiać. Nie jest idealna i pewnie nigdy nie będzie. Jeżeli chodzi o płatności, to my staramy się płacić jak najszybciej. Najmniejsze problemy są dobrymi firmami, które spłacają podwykonawców. Dla nas jednym z priorytetów jest zabezpieczenie płatności dla podwykonawców. To najczęściej polskie, małe firmy z najbliższego otoczenia. Jeśli mamy dowody płatności dla podwykonawców wtedy szybko płacimy fakturę dla generalnego wykonawcy. Jeżeli są jakieś problemy, o których dowiadujemy się od podwykonawców, to najpierw rozliczamy tych mniejszych, a później generalnego wykonawcę. Być może stąd biorą się jakieś opóźnienia. Ale na pewno nie staramy się przetrzymywać faktur do 45 dnia tylko płacimy wcześniej, tak jak mówił pan prezes. 

 

Głos z sali: - Ja 20 lat przepracowałem w wykonawstwie i mam pytanie do pana prezesa Blochera. Czy jest pan za systemem „Zaprojektuj i zbuduj”? Ja nie jestem i podam przykład. Jest budowana obwodnica Stalowej Woli. Była zaprojektowana inaczej. Teraz zmienia się jej przebieg tylko dla tego, że jest system „Zaprojektuj i zbuduj”. Do przetargu dane są tylko założenia. A pan mówił, że trzeba znać szczegóły, żeby odebrać itd. Później okazuje się , że przetarg wygrany, kwota określona, podsumowujemy i okazuje się, że jesteśmy 20 mln zł do tyłu. Ja bym proponował, żeby inwestor zrobił projekt i żeby wykonawca dostał go do wglądu na 3 miesiące przed przetargiem. Jak zaakceptuje, to potem nie ma zmiany. Drugie pytanie - dlaczego nie bijecie się o to, by podczas przetargów były odrzucane oferty z najwyższą i najniższą ceną? I trzecie - dlaczego większość dużych inwestycji wygrywają firmy zagraniczne, które nas potem opuszczają i ministerstwo musi dopłacać?

Dariusz Blocher: - Ja jestem zwolennikiem systemu „Zaprojektuj i zbuduj”. Dla wszystkich jest to lepsze rozwiązanie: tańsze i szybsze – pod warunkiem, że zostało dobrze przemyślane, że jest dobrze napisane PFU [Program Funkcjonalno – Użytkowy – przyp. red.], jest dobra współpraca z zamawiającym i że są osoby podejmujące decyzje.  Tam nie za bardzo jest pole do manewrowania jakością czy przebiegiem, bo to jest z reguły ustalone. Dlaczego to jest lepsze? Skraca proces podejmowania decyzji. Zaoszczędzamy mniej więcej 12 miesięcy żeby nie przeprowadzać 2 albo 3 postępowań przetargowych przez zamawiającego. Prywatna firma jeżeli się do tego dobrze przygotuje, potrafi zrobić dobry projekt, potrafi zoptymalizować, zadbać o jakość. Jeżeli do systemu dołożymy „Utrzymuj” przez 10 lub 15 lat to mielibyśmy najskuteczniejszy system jaki możemy sobie wyobrazić. Jeżeli chodzi o powierzanie prac różnym firmom, to jest to pytanie do inwestora. Ja nie jestem zwolennikiem dzielenia firm na polskie i zagraniczne. Bo czy Orlen jest polską firmą? Czy PKO BP jest polską firmą? To zależy. Na pewno są to firmy kontrolowane przez Skarb Państwa. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach w Europie powinna obowiązywać definicja firmy odpowiedzialnej patriotycznie. Powinniśmy sprawdzić czy firma jest związana z danym krajem. Czy firma dotrzymuje obietnic czyli jak powie, że zrobi to zrobi. Czy płaci podatki, czy zatrudnia pracowników legalnie, czy dba o ich rozwój itd. Wydaje mi się, że to jest o wiele ważniejsze. Zdecydowanie powinniśmy przywiązywać wagę do tego z kim pracujemy, jaki podmiot jest wybierany do danego zadania, czy on ma potencjał w Polsce, czy ma potencjał na świecie. To bardzo istotne. Nie może być tak, że kontrakt za miliard złotych jest powierzany firmie o obrotach 50-100 mln złotych rocznie. Ta firma się na tym wywróci, gwarantuję to.

Powiedział pan, że lepszym rozwiązaniem są systemy „Buduj” gdzie inwestor odpowiada za projekt. Pracuję krócej w budowlance, nie jestem inżynierem budowlanym tylko mechanikiem. Ale Budimex robi rocznie 400 kontraktów i nie zdarzył się żaden kontrakt, który dałoby się zrobić zgodnie z projektem. Powtarzam – żaden. W budownictwie jest to po prostu niemożliwe. I to jest jedno z wyzwań, które stoi przed branżą: w jaki sposób optymalizować projekty, jak je zamieniać, jak zmieniać technologie, jak rozliczać prace dodatkowe i z tym mamy pewien problem również w GDDKiA.

Adrian Furgalski: - Najpierw o dopieszczaniu wykonawców przez rządzących. Jest szansa, że jak się politycy czymś zainteresują, to zaraz to spieprzą mówiąc wprost. To nie tylko problem Polski. W USA na biznes pada blady strach, kiedy kongres zaczyna obradować, o to jakie rozwiązania ustawowe zostaną przyjęte. Czy państwo docenia rolę budownictwa w gospodarce? W okolicach EURO 2012 tak doceniało, że firmy poupadały, rynek został przetrzebiony, a z branży odeszło ponad 100 tysięcy osób i do dzisiaj nie możemy tych braków uzupełnić. Mówiło się, że w tamtej perspektywie unijnej popełniliśmy parę błędów, na tych błędach się nauczyliśmy i teraz wykorzystamy te duże pieniądze z drugiej perspektywy unijnej do tego, żeby firmy polskie, patriotyczne czy jak je nazwiemy, dzięki tym pieniądzom unijnym stały się czempionami i poszły dalej z ekspansją, na inne rynki. Tymczasem my nie mówimy teraz o czempionach tylko o problemach i o tym ile kontraktów zostanie zerwanych i ile firm padnie. Dla firm problemem jest odwrócony VAT. Wprowadzono też podzieloną płatność – osobno idzie płatność netto, a osobno VAT. Oczywiście można się zwrócić do szefa Urzędu Skarbowego, żeby ten VAT nam łaskawie przelał na konta. Ale on ma na odpowiedź 60 dni. Przy problemach z rentownością i płynnością na kontraktach nie jest to dobre rozwiązanie. Nagle w wyniku nadmiernego zainteresowania ministerstwa, które nie powinno się tym zajmować, mamy ustawę o ochronie podwykonawców. Pracuje nad nią ministerstwo sprawiedliwości. Tam będzie jeszcze gorzej. Nie dość, że na budowie pojawi się nowy inspektor drogowy, mimo że nie będzie miał prawdopodobnie zielonego pojęcia co ma sprawdzić, będzie decydował o wypłacie pieniędzy o ile podwykonawcy zostali zaspokojeni, mimo iż takie rozwiązanie już dzisiaj funkcjonuje. Jeżeli chcemy mniejsze firmy zachęcić do wskoczenia na listę generalnych wykonawców to takie prawne rozwiązania na pewno ich do tego nie zachęcą. W czerwcu prosiliśmy Szefa Sejmowej Komisji Infrastruktury, by zaprosił Ministra Finansów w związku z podatkami od prac utrzymaniowych. Nagle fiskus wymyślił, że powinna być jedna stawka VAT – 23% - od wszystkich zabiegów utrzymaniowych przy drogach, a nie jak dotychczas było w przetargach np. na koszenie poboczy czy odśnieżanie drogi – różne stawki. Teraz firmy mają dopłacić brakujący VAT. W efekcie ostatnio pojawiła się informacja, że firma zajmująca się utrzymaniem mazowieckiego odcinka autostrady A2 nie ma pieniędzy na zakup soli do zimowego utrzymania, gdyż jej konta zostały zablokowane przez Urząd Skarbowy. Próbowaliśmy tłumaczyć, że już raz państwo zrobiło podobny numer i przegrało przed NSA. Rozumiem, że obecnie jest nacisk na zwiększenie ściągalności VAT, ale jeśli wydrzemy firmie ten VAT, to będzie to ostatni podatek, który ta firma zapłaci. Miała być jakaś interwencja w tej sprawie, urzędy skarbowe miały się chociażby wstrzymać z egzekucjami. Z tego co wiem tego wstrzymania nie było. Tyle o tym docenianiu wykonawców przez państwo.

Teraz kwestia odrzucania najwyższej i najniższej ceny ofertowej. Pierwsze próby wpisania takich zasad były około 2008 roku. Okazało się, że na gruncie prawa europejskiego nie ma możliwości wprowadzenia takiego automatyzmu. Czasami ta najniższa cena wcale nie musi być szkodliwa. Poza tym może się zdarzyć, że odrzucimy kwotę która opiewa na 60% kosztorysu i wskoczy nam kwota, która ma 61%.

Patrycjusz Wyżga: - Czy ceny w kontraktach są odpowiednio waloryzowane?

Tomasz Pałasiński: - Waloryzację mamy wpisaną do kontraktów. Jest robiona na podstawie wskaźnika GUS, który obejmuje nie tylko materiały i roboty budowlane, ale także całokształt gospodarki. To co obserwujemy na rynku znacznie przekracza ten wskaźnik. Trwają rozmowy na temat wypracowania jakiegoś rozwiązania i chcielibyśmy jak najszybciej dojść do konsensusu z branżą. Oczywiście żaden wskaźnik nie zrekompensuje skoków cen sezonowych np. związanych z przerobem mas asfaltowych albo skoków cen na jakimś małym obszarze. Mamy teraz taką sytuację na Zakopiance, gdzie budujemy kilka odcinków, że ceny usług i materiałów dla tych wykonawców wzrosły jeszcze bardziej niż ceny w kraju. Więc nie będzie wypracowany wskaźnik idealny, ale może lepszy od tego, który jest teraz. Na razie musimy się opierać na tym wskaźniku, który co kwartał jest podawany przez GUS.

Patrycjusz Wyżga: - GUS prowadzi teraz program pilotażowy, który ma sprawić, że ta waloryzacja cen będzie bardziej zbliżona do rzeczywistości. Kłopot polega na tym, że firmy nie zawsze chcą się z GUS-em dzielić potrzebną wiedzą, a więc może być z tym problem. Więc jak to zrobić, by oszacować wzrost cen w takim biznesie jak sektor budowlany?

Bohdan Wyżnikiewicz: - Teoretycznie wszystko jest możliwe jeżeli chodzi o badania statystyczne. Potrzebna jest współpraca zainteresowanych – wykonawców, którzy powinni raportować do GUS-u i wtedy GUS jest w stanie ocenić sytuację. Tymczasem najpierw zareagowało co czwarte przedsiębiorstwo, a po monitach co drugie czyli 50%. Ale druga połowa nie raportuje z różnych powodów. Dowiedziałem się, że to raportowanie jest kłopotliwe dla firm, muszą w to włożyć dużo pracy. Problem z procentem odpowiedzi na badania statystyczne jest problemem ogólnoeuropejskim i ogólnoświatowym. Są różne wyrafinowane metody statystyczne radzenia sobie z tym zjawiskiem. Program badań prowadzonych przez GUS ustalony jest rok wcześniej przez Radę Ministrów i GUS musi się go trzymać. Tymczasem życie pokazuje, że rozwój sytuacji wymaga odchodzenia od utartych procedur. Oczywiście gdyby przedsiębiorcy raportowali sumiennie ustalenie wskaźnika byłoby możliwe.

Patrycjusz Wyżga: - Dlaczego przedsiębiorcy tak niechętnie dzielą się wiedzą z GUS-em? Przecież w interesie przedsiębiorców jest to, by ta waloryzacja była rzeczywista i odpowiadała temu co się z cenami dzieje?

Dariusz Blocher: - Ale ja powiem najpierw jak to faktycznie z waloryzacją na naszych kontraktach jest. Przypomnę Polska ma ok. 350 tysięcy km dróg o nawierzchni twardej, z czego GDDKiA zarządza siecią ponad dwudziestu tysięcy km. Kolej to 22 tysiące km. W żadnym kontrakcie z samorządem nie ma waloryzacji cen – nie ma takiego wskaźnika. W żadnym kontrakcie w PKP PLK nie ma takiego wskaźnika. W części kontraktów GDDKiA jest wskaźnik bez limitu, a w części z limitem 1% - nie wiadomo dlaczego. Dyskusja o tym wskaźniku nie zmieni nic w sektorze budowlanym jeżeli nie podejmiemy decyzji, że kontrakty podpisane w trudnych latach 2016 – 2017 powinny być retrospektywnie w jakiś sposób zwaloryzowane. I nie chodzi nam o to, by całe ryzyko będące po stronie firm wykonawczych przenosić na zamawiającego. My też powinniśmy brać za to jakąś odpowiedzialność. I to jedna z przyczyn, dlaczego firmy nie przywiązują wagi do zbierania tych danych. Drugi problem to sama metodyka zbierania danych. GUS pyta 200 firm z sektora budowlanego o ceny. Budimex inwestuje 30 mln zł w system informatyczny i ja nie mam żadnego systemu, nie robiąc tego ręcznie, który pomógł by mi przygotować dane dla GUS. Żeby zaraportować nowe wskaźniki, do których dane zbierane są od czerwca, musiałem zatrudnić 3 dodatkowe osoby. To co mają zrobić mniejsze firmy?

Jak państwo wiecie w ostatnich 10 latach ceny budowy 1 km autostrady czy obiektu mostowego wzrastały o 0,7% rocznie. Wiadomo, że nie było to prawdziwe, gdyż GUS pytał o jeden kontrakt, cenę na początku i na końcu, a większość kontraktów realizowaliśmy po stałych cenach. Dzisiaj GUS pyta w taki sposób, że odpowiedź wymaga bardzo wiele wysiłku ze strony firm budowlanych. Nasza propozycja była taka. Jeżeli ceny rosną o kilkanaście procent, ceny robocizny rosną o 10, 15 a nawet 20% to załatwmy to przez wskaźnik inflacyjny 1,5 – 2%, to już ulży branży i wypracujmy nowy wskaźnik oparty albo o koszyk miarodajnych asortymentów: koszty pracy, zakup cementu, stali, produktów ropopochodnych itp. lub sięgnijmy do zasobów nie wykonawczych, a inwestorskich gdzie ta wiedza jest gromadzona.

Patrycjusz Wyżga: - Czy GDDKiA mogłaby GUS-owi pomóc, żeby te dane bezpośrednio od was spływały?

Tomasz Pałasiński: - My przekazujemy GUS-owi dane, tak jak nakazuje to ustawa. To obarczone jest też pewnym błędem wynikającym z ofert firm. Firmy bardzo różnie wyceniają oferty robót. Różnice mogą sięgać nawet 50%.  Ceny kosztorysu inwestorskiego zawsze przeliczamy po nowych wskaźnikach. Rynek zawsze będzie wyprzedzał statystykę, która sięga wstecz.

Patrycjusz Wyżga: - Pytanie do pana Adriana Furgalskiego. Czy taka wsteczna waloryzacja to byłby dobry pomysł. Czy to jest politycznie do przeforsowania. Na ile da się upowszechnić waloryzację w tego typu kontraktach?

Adrian Furgalski: - Obawiam się, że nie jesteśmy gotowi na wprowadzenie wariantu ze wsteczną waloryzacją. Nie wiemy o ile, ale wiemy, że dalej będą rosły ceny materiałów i będą rosły koszty pracy. Ten deficyt może się jeszcze pogłębić z chwilą otworzenia przez Niemcy rynku pracy dla Ukraińców. W ankietach, 53% tych, którzy pracują w Polsce, powiedziało że wyjedzie do Niemiec. Surowce energetyczne idą w górę. My nie lubimy rosyjskiego gazu, kupujemy od innych, ale jego minus polega na tym, że jest droższy. Prąd. Chociażby opcje CO2 po reformie Unii Europejskiej poszły w górę o 200%. Ponieważ jest prikaz, by nie podwyższać lub tylko minimalnie cen za prąd i gaz dla przeciętnego Kowalskiego czy gospodarstw indywidualnych więc podwyżki zostaną przerzucone na gospodarkę. Dlaczego nie da się wprowadzić waloryzacji wstecznej? Bo my zaczęliśmy mówić o drogach, ale natychmiast się kolej włączyła mówią my też chcemy podobny mechanizm. A jak drogi i kolej to włączyli się inni wykonawcy. Czyli całą Polskę trzeba by zwaloryzować wstecznie, bo wszyscy zaczynają ponosić straty. Czemu nikt nie chce tego zrobić? Bo nikt nie wie o jakich pieniądzach mówimy. Tu nie chodzi o 100 milionów czy miliard, ale może nawet o kilkadziesiąt miliardów złotych. Wyższe ceny czy deficyt rąk do pracy oznaczałyby groźbę ograniczenia rzeczowego realizacji programu drogowego czy kolejowego. Programu drogowego o 15-20% a z programu kolejowego uważam, że uda się zrobić 45 z zakładanych 66 mld złotych.

Notował: Piotr Piestrzyński